Marcin Rzeczkowski

Marcin Rzeczkowski

Rocznik 1985. Przesympatyczny Skorpion z przytłaczającą osobowością i zamiłowaniem do sarkazmu. Mam kota na punkcie kotów, tonę książek i nie zaczynam dnia bez herbaty. Interesują mnie: psychologia, seksuologia i rozwój osobisty. Freelancer. Stawiam strony na WordPressie, piszę teksty na strony itp.
Marcin Rzeczkowski

Brudnego różu się bałem. Bałem się, bo znam już styl autorki z jej krótkich ale mocnych statusów na Facebooku i wiem, że Kinga nie waha się nigdy przed poruszaniem tematów trudnych, przed rozgrzebywaniem emocji własnych i czytelników.

Tak jest i w przypadku powieści. Brudny róż. Zapiski z życia, którego nie było to przejmująca podróż do świata emocji osoby samotnej, poszukującej siebie i swojego miejsca w życiu, walczącej z odrzuceniem i własnymi demonami, upadającej i podnoszącej się znowu.

Otwieram książkę na ślepo, a tam:

Jeśli mam być postrzegana jako osoba o nieokreślonej płci, to w ogóle nie chcę istnieć. Ja jeste kobietą! Taką ma mnie widzieć świat, a nie jako przebierańca albo kogoś, komu się wydaje, że jest kimś innym niż jest. Nie, ja nie chcę tak żyć! Serce biło jakby w pustym opakowaniu. To koniec! Każdy dzień boli i tego nie można znieść. Nikt by tego nie wytrzymał.

Głód akceptacji miesza się z pragnieniem śmierci. Kinga nie waha się pisać o samookaleczeniach, o mniej i bardziej poważnych próbach samobójczych, o pobycie w szpitalu psychiatrycznym. Przywodzi mi na myśl czytany wiele lat temu „Szklany klosz”, aczkolwiek osobiście wolę książkę Kingi –  w przeciwieństwie do Sylvi Plath, którą przeczytałem w poszukiwaniu zrozumienia dla własnych cierpień, Kinga Kosińska nie rozczarowała mnie swoim dziełem. Przeciwnie, „Brudny róż” zabrał mnie w miejsca, w których ostatnio staram się nie bywać, przywołał wiele wspomnień i kazał się z nimi skonfrontować.

Zamykam książkę, otwieram ją jeszcze raz w losowym miejscu i czytam szczegółowy opis przygotowań ciała do operacji korekty płci. Przekładam kartkę i jest: Mówiąc do bólu szczerze, dzień przed zabiegiem się masturbowałam. Tak! Na pożegnanie. Istniało ryzyko, że już nigdy nie będę miała orgazmu. Więc ten ostatni raz… Dla autorki nie ma tematów tabu, śmiało porusza wątki związane z jej życiem uczuciowym i seksualnym. Nie próbuje przypodobać się czytelnikowi, nie waha się burzyć Wizerunku – przeciwnie, jest do bólu szczera i otwarta, wysoko stawiając poprzeczkę czytelnikowi.

Kolejne otwarcie na przypadkowej stronie. Nieocenzurowany opis spotkania ze znanym lekarzem. Krótko, zwięźle, bez krytyki i nazwiska, ale inteligentny czytelnik zobaczy bez trudu, że to nie tak powinno wyglądać. Kinga nie boi się opisywać patologii w kontaktach ze służbą zdrowia: pielęgniarki, która nie chce jej umyć, wskazówki psycholog, by jako „homoseksualny chłopak” znalazła sobie bogatego sponsora… Niejeden czytelnik będzie przerażony i zszokowany, ale co zrobić, skoro tak to właśnie w Polsce wygląda? Głos Kingi jest tu bardzo ważny.

Dalej na tej samej stronie – mnóstwo niepewności związanych z wątpliwym uchodzeniem jako kobieta, niezadowolenie z nie dość starannej opieki lekarzy, poczucie zagrożenia i zmęczenia całą procedurą… Nie ma hurraentuzjazmu, nie ma sztucznego optymizmu – są zwykłe, ludzkie emocje, które narratorka odczuwa pomimo wniosku, że opinia biegłego będzie pomyślna.

Motyw transpłciowości przewija się przez całą książkę i oczywiście jest motorem kolejnych działań Kingi, ale nie przytłacza. Myślę, że Brudny róż to jedna z nielicznych książek osób transseksualnych, która nie odbiera możliwości zidentyfikowania się z bohaterką pomimo własnej cispłciowości. Doświadczenie potwornej samotności, poszukiwania siebie i pokrewnych dusz, brnięcie w kierunku upatrzonego celu pomimo licznych załamań są udziałem wielu osób, niekoniecznie LGBT.

Brudny róż jednocześnie jest więc świadectwem doświadczeń osoby transseksualnej, które warto polecić innym do czytania, i uniwersalna opowieścią o samotności Innego – introwertycznej, bardzo wrażliwej osoby, która różni się od swojego otoczenia. Z pewnością odnajdzie się w niej wiele osób. Bardzo brakowało mi tego na przykład w Mam na imię Ania – która na tle książki Kingi jest elementarzem transpłciowości – koniecznym, ale bez większych wartości artystycznych. Kosińska tymczasem tworzy literaturę z prawdziwego zdarzenia.

Kontrowersyjny dla niektórych wątek odnalezienia się w wierze w Jezusa nie przytłacza, głównie dlatego, że Kinga nie jest dewotką, nie próbuje innym wciskać wiary na siłę – po prostu kontynuuje opowieść o swoich uczuciach. Otwieram nie do końca przypadkiem, pod koniec  książki, i mój wzrok natrafia na: Kiedyś nigdy bym nie pomyślała, że poczuję głód Boga i potrzebę wyrażania Go. Pozmieniało się, muszę być wierna sobie, nawet jeśli dla siebie sprzed paru lat byłabym kimś obcym. Z tak wyrażoną wiarą nie sposób polemizować.

O książce Kingi Kosińskiej można pisać bardzo długo. Ma zaledwie 133 strony, a jej język nie jest trudny, ale każdy akapit jest przemyślany, każdy mówi o czymś ważnym. Jeżeli kiedyś odważę się wrócić do tej książki, to aby z nią porozmawiać, pisząc na marginesach lub małych samoprzylepnych karteczkach swoje przemyślenia.

Gdybym miał pomyśleć, w jakim sąsiedztwie umieścić Brudny róż, byłyby to: Był sobie chłopiec, Co gryzie Gilberta Grape’a i Stone Butch Blues – książki, z którymi podróżuję z domu do domu i z którymi bym się za nic w świecie nie rozstał, pomimo że rzadko do nich sięgam.

Autorko, ja chcę więcej!

brudny-roz-zapiski-z-zycia-ktorego-nie-bylo-kinga-kosinska

  • http://wendigo.mylog.pl wendigo

    Ooch, nie podsycaj mojego apetytu ;) do świąt muszę wytrzymać, w PL już na mnie czeka :P
    Ten pierwszy cytat faktycznie świetny… dlatego tak trudno mi zrozumieć ludzi pomiędzy – oni niejako skazują się na postrzeganie pomiędzy i nierzadko twierdzą, że tak chcą… czy chcą tak faktycznie czy…? nie wiem. Dla mnie taki stan byłby bardzo przykry.
    Tego wątku z religią obawiam się, bo piszesz o Jezusie, więc nawróciła się na chrześcijaństwo (a pewnie konkretnie katolicyzm)? To jest problem z chyba każdym wątkiem religijnym w Polsce – że można się „nawrócić” tylko na katolicyzm… dlaczego nikt nie nawraca się na islam, albo buddyzm, albo cokolwiek innego? To wszystko dla mnie jakby tylko podbudowuje fundamenty tej religii i sprawia wrażenie, że w Polsce tylko ona istnieje (albo że w ogóle tylko ona jest jedyną słuszną prawdą). Głód Boga jestem całkowicie w stanie zrozumieć, tylko dlaczego ten głód musi być zaspokajany Jezusem, katolicyzmem, chrześcijaństwem…

    • Belial

      Ja tam nie „nawracałem się” na inną wiarę. Fakt, że jestem ochrzczony (i po komunii) nie ma dla mnie większego znaczenia w kwestii jak postrzegam swoją wiarę. Traktuję ją bardzo prywatnie i się z tym raczej nie obnoszę. Na pewno nie tak jak katolicy. Katolicyzm mi narzucono, swoją wiarę odkryłem sam. Jest mi dobrze bez tego „Boga” który by mnie wspierał w trudnych chwilach, a wiara i tak wielokrotnie mi pomagała w trudnych chwilach. Ach ten katolicyzm. ;) Tak poza tym Ewa Hołuszko jest prawosławna.

  • Belial

    Przegryzłem się z książką, przetrawiłem przez dłuższy czas i w końcu jestem w stanie napisać parę słów o swoim odbiorze. Przeczytałem ją po spotkaniu w tym nieszczęsnym domu kultury, które jednak mimo wszystko nastawiło mnie pozytywnie do autorki i książki. Marcin zresztą tak polecał i pożyczył książkę.

    Pochłonąłem książkę. Szybko się przeczytało. Tym bardziej, że w końcu mogłem się odblokować i przeczytać jakąś prozę. Krótko po przeczytaniu uznałem,że świetne, ale z czasem… Nadal uważam, że to dobra książka. Szczera, bezpretensjonalna. Przemyślana. Zakupię i nie będą to zmarnowane pieniądze. Ale jednak trudno mi stwierdzić, że jest „bardzo dobra” czy zgodzić się z opinią „To bardzo ważna książka dla każdej osoby transseksualnej a po jej przeczytaniu, główna bohaterka, autorka zarazem, staje się taka bliska…”. Ważna. Pisze szczerze o swoich odczuciach.

    Kinga swietnie ujęła w słowa wiele naszych problemów. Pierwszy cytat, jak i cytat o diagnozowaniu są mocne i zapadają w pamięć. Swoisty manifest.

    Ach, ta kwestia wiary. Nie zostawisz tego w spokoju, co? ;) Już się wypowiadałem na ten temat, ale… Nie mam zamiaru polemizować z kwestią wiary autorki, bo nie ma o czym rozmawiać. Niech każdy wierzy w co chce. Sposób przedstawienia w książce bardziej mi się podobał, niż na spotkaniu. Nie było podkreślania jak to działa w Wierzę i Tęczy od pierwszych stron książki. ;)

    Zabrakło mi w książce jakiegoś jaśniejszego osadzenia w czasie. Pierwsza cześć książki, dzieciństwo, była słabsza literacko, lepiej się czytało późniejsze lata. Jakby autorka nabierała odwagi by mówić o pewnych rzeczach. Uderzyło mnie to, że w sumie była Kinga przeciw światu. Rodzice wspierali, Wiara i Tęcza, ale poza tym…? Albo cierpienie, albo jedynie prześwity radości czy dobrych wydarzeń. Nie będę dyskutować o konkretnych stronach czy cytatach, Mam wrażenie, że te dobre rzeczy były tonowane albo ignorowane. Nie oczekiwałem hurraoptymizmu czy sztucznego entuzjazmu, ale też bez przesady w drugą stronę.

    Marcin, myślę, że twoje nastawienie miało duże znaczenie w odbiorze książki Sylvi Plath i Kingi Kosińskiej.

    W przeciwieństwie do innych recenzentów, książka nie walnęła mnie po emocjach, nie skonfrontowała z niczym, mimo że pewne doświadczenia mamy wspólne, nie skłoniła mnie do myślenia. Zazwyczaj książki mocniej we mnie uderzają niż filmy, bo czytam i przeżywam w swoim tempie. Ani „Brudny róż” ani „Mów mi Marianna” (film) nie wywarły na mnie ostatnio takich emocji jak „Dziewczyna z portretu”.

    Czy polecę? Tak, polecę. Czy postawię na półce? Tak, postawię. Czy postawię na piedestale? Nie. Dla mnie mocna 4.