Marcin Rzeczkowski

Marcin Rzeczkowski

Rocznik 1985. Przesympatyczny Skorpion z przytłaczającą osobowością i zamiłowaniem do sarkazmu. Mam kota na punkcie kotów, tonę książek i nie zaczynam dnia bez herbaty. Interesują mnie: psychologia, seksuologia i rozwój osobisty. Freelancer. Stawiam strony na WordPressie, piszę teksty na strony itp.
Marcin Rzeczkowski

Od kilku dni w serwisie Legimi oraz paru innych e-księgarniach dostępna jest autobiografia Lukrecji Kowalskiej, Miss Trans 2012.

„Lukrecja w ciele Krzyśka” to ciekawa opowieść o tłumieniu i odkrywaniu samej siebie, a przy okazji dobra okazja, aby bliżej poznać bohaterkę serialu „W obcym ciele”. Autorka nie poprzestaje bowiem na opowieści, jak wyglądała jej droga do bycia kobietą, ale także dzieli się z czytelnikami szczegółami ze swojego życia „pozatransowego”: opowiada o swoich pierwszych miłościach, o pracy opiekunki dla osób chorych i starszych, poznajemy też dzieje jej życia małżeńskiego (przedstawione z pełnym szacunkiem dla prywatności jej byłej żony).

Dla wielu osób duże znaczenie może mieć to, że Lukrecja nie należy do tych, którzy o swojej transpłciowości wiedzieli już w najwcześniejszym dzieciństwie. Przeciwnie, autorka długo tłumiła swoją kobiecość, a nawet kiedy pozwoliła Lukrecji w pełni zaistnieć, wciąż przez pewien czas identyfikowała się z transwestytą podwójnej roli i odrzucała możliwość formalnej korekty płci. To czyni doświadczenie Lukrecji unikalnym na tle dotychczas wydanych w Polsce historii osób transpłciowych i stanowi duży atut historii.

lukrecja-w-ciele-krzyska-okladka„Lukrecja w ciele Krzyśka” została wydana za pomocą Ridero, rozbudowanego narzędzia do self-publishingu. Lukrecja zrezygnowała z zaangażowania profesjonalnego redaktora, nie zgadzając się na ingerencję kogoś obcego w tekst, jednak w ten sposób pozbawiła się kogoś, kto spojrzałby na jej dzieło świeżym okiem, zadał kilka celnych pytań i oszlifował całość jak brylant.

Niestety brak fachowej redakcji i korekty jest odczuwalny: niektóre fragmenty są niejasne, inne nadmiernie łopatologiczne; przeszkadzają też błędy stylistyczne, składniowe, interpunkcyjne i (rzadko) ortograficzne, niewyłapane przez autokorektę literówki, wewnętrzne sprzeczności, powtórzenia i inne drobne wpadki. Przyjemność z lektury osłabia też stado spojlerów: Lukrecja jako wszechwiedząca narratorka czasami niepotrzebnie zapowiada zakończenia wątków, które dopiero co zarysowała.

Mimo tych wad książkę czytało mi się całkiem dobrze, przypuszczam więc, że osoby mniej wymagające, które – w przeciwieństwie do mnie – nigdy nie występowały w roli redaktora, będą zupełnie zadowolone z lektury.

Książka dostępna jest na razie wyłącznie jako e-book, jednak autorka przewiduje również niewielki nakład drukowany – o którym z pewnością napisze na swoim profilu na Facebooku.

Link do sklepu

Zdjęcie – z Facebooka autorki

  • ageofreason

    Dzięki za recenzję, chyba jednak odważę się sięgnąć po tę lekturę zanim doczekam się wydania drugiego, poprawionego :)

    • Lukrecja Kowalska

      tym bardziej, że nie przewiduję wydania drugiego. Marcina uwagi są cenne. Decydując się na samodzielną redakcję tekstu, liczyłam się z tym ryzykiem, ale to autobiografia pisana z serca i mimo błędów, jakie się pojawiły, nic w niej nie zmienię. Zresztą, kocham czytać i czytam bardzo wiele i nie raz przekonałam się, że profesjonalna korekta nie zawsze wychwyci wszystko…

      • http://wendigo.mylog.pl wendigo

        Rozumiem niechęć do pozwolenia żeby ktoś w Twoją książkę ingerował, ale może gdybyś choć jednej osobie (może być ktoś znajomy, kto jest dobry z polskiego – tylko tyle) dała wcześniej do przeczytania tekst, to wyłapałby chociażby literówki i niektóre błędy, tak myślę.

        • Lukrecja Kowalska

          akurat coś takiego zrobiłam, i to była osoba, która się na tym zna. Nie jestem w stanie sprawdzić wszystkiego, ale parę Jej poprawek widziałam, więc uznałam, że tak było w całej książce. Ale oczywiście nie będę zrzucać na nikogo winę. I tak, jak piszesz, Wendigo, fajnie by było, gdyby nie było tych błędów, ale nie chciałam dyskutować z kimś, co zmienić, co usunąć, bo chciałam, by była taka, jak ją napisałam.

        • http://transoptymista.pl Marcin Rzeczkowski

          Ta osoba odwaliła w takim razie wyjątkową chałturę, bo już na pierwszych stronach są koszmarne błędy składniowe i inne, nie wspominając o tym, że słowo „naprawdę” CIĄGLE jest pisane „na prawdę”. Ja, nie będąc zawodowcem, równe dziesięć lat po zaliczeniu kultury języka polskiego na UW (czyli tego przedmiotu, na którym poloniści uczą się poprawności językowej), zrobiłbym to bez porównania lepiej (czyt. znalazłem mnóstwo błędów). A do profesjonalisty mi daleko.

          Jako założyciel i wieloletni moderator forum literackiego, na którym udzielali się ówcześni autorzy, tłumacze i redaktorzy (tacy od książek wydawanych drukiem przez cenione wydawnictwa), absolutnie nie rozumiem, jak można swoje ukochane dziecko wypuścić… no… niedorobione.
          Znaczy teoretycznie intelektualnie ogarniam, że ktoś może być tak przywiązany do swojej wersji tekstu, że nie dopuszcza żadnych większych ingerencji, ale przecież redakcja tekstu to współpraca z autorem. Można omówić stopień zaangażowania w ten proces, a poza tym redaktor poprawia tekst w trybie śledzenia zmian, więc zawsze widać, co było oryginalnie i można poprawki odrzucić. Dodatkowo, w sytuacji, kiedy redaktor ma uwagi w stylu „ten fragment jest niejasny” lub „powtarzasz się”, można się dostosować i zmienić tekst lub uwagę zwyczajnie olać. Redakcja, jak ja ją rozumiem, to nie jest przerobienie tekstu według własnego widzimisię tylko finalne wypieszczenie historii stworzonej przez autora.

          W razie gdybyś zmieniła zdanie, Lukrecjo, służę zarówno własną pomocą (za free), jak i siecią kontaktów. Moja przyjaciółka redaktorka nadal zbiera doświadczenie do CV, więc myślę, że chętnie by pomogła w zamian za obecność w stopce lub niewielką opłatę. Ma dobre rekomendacje i miło się z nią współpracuje.

  • Pingback: „Lukrecja w ciele Krzyśka” – Lukrecja Kowalska | wendigo blog()