DSM-5 a literka T – świat się zmienia!

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, istniała sobie lista zaburzeń psychicznych, na której znajdował się homoseksualizm.

Jego obecność na tej liście oznaczała, że nauka sankcjonowała homofobię – zarówno tę społeczeństwa, jak również zinternalizowaną. Geje, lesbijki i osoby biseksualne z definicji byli gorsi, ich miłość była patologiczna, a ich związki – niewłaściwe. Ostatecznie tak twierdziły krajowe autorytety z dziedziny zdrowia psychicznego!

Kamieniem milowym na drodze do emancypacji LGB było wykreślenie homoseksualizmu z wyżej wspomnianej klasyfikacji – amerykańskiej DSM – w 1973 roku. Jakkolwiek ta decyzja nadal jest w pewnych środowiskach kontrowersyjna (i raczej nic się w tej sprawie nie zmieni), świat poszedł dalej. 

Transwestytyzm – forma transpłciowości czy parafilia?

Słowo transwestytyzm pochodzi z łaciny, zostało wprowadzone w 1910 roku przez wybitnego seksuologa niemieckiego, doktora Magnusa Hirschfelda. Trans oznacza ‚za, poza, z tamtej strony’, a vestitus – ‚odziany’, transwestytą jest więc ktoś, kto przebiera się w ubrania przypisane kulturowo drugiej płci (i na tym poprzestaje).

Tymczasem spośród wszystkich mniejszości płciowych i seksualnych transwestyci są najbardziej problemowi, myleni są bowiem ze wszystkimi innymi: z osobami homoseksualnymi, transseksualnymi i drag queen. Co istotniejsze, człowiek zainteresowany rzetelnymi informacjami o tym, czym właściwie jest transwestytyzm i czym różni się od pozostałych zjawisk związanych z wykraczaniem poza normy płci, który sięgnie do poważnych opracowań naukowych najsławniejszych polskich seksuologów, również zetknie się z informacjami niepełnymi, a przez to – wprowadzającymi w błąd. O co chodzi?